RAK PRZYCHODZI W KAPCIACH…

Lęk przed nowotworem jest uzasadniony, może nie w zbyt wielkim wymiarze, ale… W przypadku większości chorób ich pojawienie się poprzedzone jest różnymi sygnałami: bólem, spadkiem witalności i wagi ciała, nudnościami, kaszlem, osłabieniem, pogorszeniem wyglądu itp., co wywołuje uzasadniony niepokój. Mobilizujemy się więc, udajemy do lekarza i dzięki temu udaje się we wczesnym stadium podjąć skuteczne leczenie. Postęp w medycynie sprawił, że można ustabilizować stan zdrowia pacjenta lub całkowicie wyleczyć chorobę. Natomiast nowotwór bardzo często „przychodzi w kapciach”. Człowiek czuje się fantastycznie, pracuje, cieszy życiem, planuje przyszłość, aż tu nagle okazuje się, że ON jest, a przy tym już tak mocno zaawansowany, iż walka będzie trudna, a na pewno bardzo długa. Wiele osób, które nowotwór „wybrał”, z powodu tej jego „podstępności”, nie jest przygotowanych na natychmiastowe rozpoczęcie ciężkiego i długiego leczenia. Po usłyszeniu diagnozy wpadają w panikę, a w ich głowach powstaje myśl, że to już koniec.

O tym, że nowotwór „przychodzi w kapciach” sam wiem najlepiej. Przez trzydzieści lat poprzedzających diagnozę nie brałem żadnych pigułek, bardzo sporadycznie miewałem kaszel, katar, ból głowy, gardła czy podwyższoną temperaturę. Mówiąc precyzyjnie, w jednym roku mogły wystąpić trzy lub cztery dni z takimi dolegliwościami, ale nigdy nie były to cięższe stany. Żyłem tak, jak większość ludzi. Nie paliłem, ale zdarzały się zakrapiane imprezy. Sypiałem dobrze i wystarczająco długo, byłem bardzo aktywny, dużo spacerowałem i uprawiałem sport. Jadałem regularnie, starałem się odżywiać zdrowo, włączałem do diety to, co zaleca się, żeby zapobiec chorobom: owoce i warzywa, w tym często cebulę i czosnek. Nie mam obciążenia genetycznego chorobą, pochodzę z bardzo żywotnej rodziny (jedna babcia dożyła 101 lat, druga 93). Aż tu nagle okazało się, że mam chorobę i to w wersji złośliwej.

Niechętnie rozmawiamy o tej chorobie. Ten lęk wyciszamy myślami, że nas nie dotknie. Wydaje się nam, że zachoruje wiele osób wokół nas, ale nie my i nasi najbliżsi. Mój przykład pozwala skonstruować pewnego rodzaju przestrogę: Niech Państwu nie wydaje się, że jesteście z żelaza, a choroba Was ominie.

Czujność uspokajają coraz to nowe odkrycia w dziedzinie medycyny i leczenia nowotworów. Stale o nich słyszymy. Ponadto ciągle jesteśmy bombardowani rewelacjami ukazującymi się w Internecie, z którego korzysta już niemal każdy, że to lub tamto warzywo, owoc czy przyprawa zapobiega tej chorobie. Ludzie sięgają po cudowne panaceum, stosują różne procedury i kuracje, piją mikstury, które rzekomo mają ustrzec ich przed nowotworem. Czasem czytając te artykuły o „zapobiegaczach” i uzdrawiających dietach, zastanawiam się dlaczego rośnie liczba chorych. Skoro jest tak dobrze, tyle już wiemy, to dlaczego jest tak źle.

Oswajajmy się z chorobą. Starajmy się wiedzieć jak najwięcej. Żyjmy dniem powszednim, pielęgnujmy w sobie optymizm, dbajmy o zdrowie, cieszmy życiem, ale też nie odrzucajmy myśli, że nas lub bliskich to nie może spotkać. Wiem, że nie jest to łatwe. To takie swoiste łączenie wody z ogniem. Starajmy się jednak łączyć, szukajmy tak zwanego złotego środka. Po co? Rak to nie wyrok, ale walka z tak trudnym „przeciwnikiem” zależy od mądrych posunięć, w mojej ocenie nie opartych tylko na metodach, którymi Internet jest „zalany”.  No właśnie. Nie jesteśmy przygotowani. I kiedy otrzymujemy od lekarza tę najgorszą informację pojawia się ogromny lęk przed śmiercią. Zaczyna się panika, włączamy komputer i szukamy. Czasami trafiamy na mądre rady. Ale często ktoś propaguje szarlatańskie metody. Za porady zamieszczane na różnego rodzaju blogach czy portalach społecznościowych nie ponosi się odpowiedzialności. Ich autorzy wychodzą więc z założenia – i słusznie – że każdy kieruje się własnym rozumem.

Z nowotworami jest jak z efektem cieplarnianym. Wielu widzi, że są zmiany klimatyczne: wielkie powodzie, ogromne upały, potężne ulewy, niosące spustoszenie wichury, ale nieliczni coś robią, żeby zahamować unicestwianie naszej ziemi. Podobnie jest z rakiem. Rośnie liczba zachorowań, ale temat jest nadal za bardzo abstrakcyjny. Dlatego raduje mnie każda nowa inicjatywa, która wzbogaci wiedzę społeczeństwa na temat choroby. Cieszę się, że zaproszono mnie do współpracy przy realizacji nowego projektu (szczegóły: TU). Zbyt mało osób wyleczonych mówi o chorobie. Zapewne cieszą się życiem i wydaje im się, że ich walka o powrót do zdrowia nikogo nie interesuje. A jednak każde zwycięstwo jest ważne, gdyż powoli tworzy się mylny obraz, że medycyna akademicka nie pomaga, a malują go ci, którzy zarabiają na sprzedaży różnych suplementów i specyfików, czyli biznesmeni bogacący się na ludzkim nieszczęściu.

Polub profil bloga na Facebooku

z9339735q,nowotwor

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Radio i chemioterapia

LĘK PRZED RAKIEM

Facebook leczy raka?

Na wstępie chcę uspokoić czytelników. Tytuł jest prowokacją. Firma amerykańska nie ma nic wspólnego z tą poważną chorobą i jej leczeniem. Wokół portalu społecznościowego skupiło się i jest bardzo aktywne, pokaźne grono wybitnych znawców nowotworów i ich leczenia. Dodać należy, iż nie są to absolwenci medycyny, czy choćby biologii. Samorodni geniusze przekonani są, że wiedzą jak, nawet w kilka dni, wyleczyć raka. Dziwię się, że Komitet Noblowski przyznający nagrodę z dziedziny medycyny, jeszcze nie zainteresował się Facebookiem. Może wynika to z tego, że jest to zbyt duże i genialne grono osób i nie wiadomo kogo wyłuskać i docenić.

Nowotwór bardzo często – jak to określam – „przychodzi w kapciach”. Człowiek czuje się fantastycznie, pracuje, cieszy życiem, planuje przyszłość, aż tu nagle okazuje się, że ON jest, a przy tym już tak zaawansowany, iż walka będzie trudna, a na pewno bardzo długa. Wiele osób, które nowotwór „wybrał”, z powodu tej jego „podstępności” nie jest przygotowanych na natychmiastowe rozpoczęcie ciężkiego i długiego leczenia. Często po usłyszeniu diagnozy wpadają w panikę, a w ich głowach powstaje myśl, że to już koniec.

Znana jest niechęć ludzi do lekarzy. Jeżeli ktoś nie wierzy w ich wiedzę i wolę niesienia pomocy, co robi po usłyszeniu diagnozy? Włącza komputer, wpisuje do wyszukiwarki typową frazę, z reguły „metody leczenia raka” i już ma dostęp do setek „rewelacyjnych” sposobów. Ponoć bezpiecznych, niedrogich, bardzo skutecznych i sprawdzonych. Ci, którzy korzystają z portalu społecznościowego Facebook nie muszą zbyt długo poszukiwać porad dla siebie lub kogoś bliskiego. Profili opisujących i omawiających metody leczenia tej i wielu innych chorób jest wiele.

Wystarczy przystępując do grupy dyskusyjnej napisać co boli, gdzie kłuje, jaką chorobę zdiagnozował lekarz a już za chwilę jest się zasypanym dziesiątkami porad. O Polakach zawsze mówiło się, że znają się na polityce, piłce nożnej i medycynie.

Kiedyś za wsią, lub w leśnym zaciszu, żyła babka, znachorka, która znała się na wszystkim, od bólu głowy po zranioną duszę. Za to była ceniona i szanowana. Taką samą rola w obecnym społeczeństwie chce pełnić wielu ludzi. Żeby przekonać się jak to działa zapraszam na Facebook. Napiszcie, że swędzi was pięta, a po chwili dowiecie się z jakimi chorobami może to mieć związek i jak można przeciwdziałać.

Nie ukrywam, że irytuje mnie ta bezmyślność i brak odpowiedzialności. O ile porada dotyczy pękających paznokci, to rzeczywiście zapamiętane metody leczenia mamy lub babci można przekazać innym. Ale nie w przypadku nowotworów, a tym bardziej raka!

Jak już w jednym z moich felietonów wspomniałem, każdy przypadek nowotworu jest inny, każdy organizm walczący z konkretnym rodzajem także. Powodem nie jest jeden czynnik. Do tego dochodzą inne: wiek chorego, stan jego psychiki, wcześniej przebyte choroby, genetycznie nabyta odporność, sposób odżywiania, itd., itd. Jak można więc komuś doradzać, po przeczytaniu „mam raka podstawy języka”, nie wiedząc kto walczy z chorobą. To co doradcy słyszeli o jakiejś niekonwencjonalnej metodzie, nie musi zaraz świadczyć o bezwzględnej skuteczności. W przypadku jej stosowania mógł przecież zadziałać efekt placebo, czyli wiary w wygraną, która nie w każdym jest taka sama.

Czasami włączam się w dyskusję na Fb i czytając o jakiejś rewelacyjnej metodzie zadaję pytanie: „czy pani była nią leczona” lub „czy ktoś ze znajomych lub bliskich po jej zastosowaniu wygrał walkę?”. Rzadko, bardzo rzadko otrzymuję odpowiedź. Znachorowi już „wyładowały się akumulatory”. Radość sprawiło to, że napisał kilkanaście zdań i ogłosił światu, że jest genialny. To, że gra idzie o ludzkie życie nikogo nie wzrusza.

Przed świętami, na jednym z profili zielarskich, Joanna napisała: „Witam, poradźcie co może pomóc na nowotwór złośliwy jelit.

Tradycyjnie, pojawił się zestaw porad. Nie będę wymieniał wszystkich, bo i po co. Wspomnę o dwóch ciekawszych. Milena zaproponowała leczyć nowotwór złośliwy witaminą B12, czyli tą, która koi nerwy,  podnosi odporność na stres, zapobiega anemii i poprawia apetyt. Ponadto może zmniejszyć ryzyko wystąpienia Alzheimera, nowotworów i chorób psychicznych. Ale żadne wiarygodne źródło nie wskazuje na eliminowanie raka. No ale, Milena wie najlepiej. Inna znachorka, Elżbieta, doradziła Joannie, by osoba chora nie piła kakao. No chyba, że kakao jest składnikiem jakiejś mocnej nalewki, o przeciwwskazaniach i zakazie picia alkoholu słyszałem, ale nie o wystrzeganiu się kakao z mlekiem.

Po chwili do akcji przystąpiła Alicja, z którą odbyłem dłuższą debatę, po przeczytaniu: „polecam korzeń mniszka lekarskiego akurat jest wiosna i można go wykopać w ogródku lub na łące, stosuje się go jako napar”.

Tradycyjnie zadałem pytanie: „Czy może Pani lub komuś znajomemu pomógł mniszek, czy jedynie poznała Pani tę rewelacyjną metodę w Internecie?:

O dziwo był odzew i Alicja napisała: „Mój Panie oprócz Internetu są książki, które opisują naturalne metody leczenia i z nich należy korzystać”. Czyli odpowiedź wymijająca.

Skomentowałem tak: „Jak niektórym łatwo przychodzi doradzanie. Przeszła Pani chorobę nowotworową, bo ja tak i…  mam wiedzę nie tylko z książek. Każdy rak jest inny. Każdy przypadek inny. Leczenie raka oczytana, Droga Pani, to efekt wielu czynników, samym mniszkiem to można leczyć ból kolana, albo palca. Zastanawiajcie się co piszecie doradzając komuś w związku z tą ciężką chorobą. Bo tu chodzi o czyjeś życie, a nie popisywanie się na Fb tym, że przeczytałam książkę…”

Ku mojemu zdziwieniu Alicja zaczęła się bronić: „Ja zostałam wychowana w rodzinie, która dbała o zdrowe wychowanie dzieci i tak wychowywałam swoje córki, które nie chorowały. Podstawą jest zapewnienie wysokiej odporności organizmu przez zdrowe odżywianie i zdrowy tryb życia. I tyle mam panu do wyjaśnienia”.

Moja odpowiedź brzmiała: „Czyli nie za dużo ma Pani do powiedzenia… a doradza jak walczyć z nowotworem. Zero odpowiedzialności…. Moja babcia miała 101, druga 93 i też dbaliśmy o zdrowie, a mimo to miałem raka… Jak widać Pani w ogóle nic o tej chorobie nie wie… oczyta się Internetu… i robi z siebie znachorkę… Wesołych Świąt…”

Alicja, to osobą wykształcona, studiowała na Politechnice Gliwickiej, tak bynajmniej informowała na swoim profilu. Więcej nic już nie wyjaśniała.

Przez 18 godzin od pierwszego wpisu Joanny znachorzy opisali ok. 40 różnych metod. Nie wiem na jakiej zakończyło się, przestałem śledzić wątek. Każdy znachor z dowodził, że jego metoda jest wyjątkowa. Parafrazując słowa z filmu M. Koterskiego „Dzień Świra”, każdy pisał „moja metoda jest najmojsza”. Nikt z grona doradców nie wyjawił, czy przeszedł tę ciężką chorobę i sugerowaną metodę zastosował na sobie, co dowodziłoby, że jest skuteczna. Pani Joanna ma więc dylemat. Oby organizm jej chorej matki wytrzymał terapię wymagającą spożycia tylu różnych ziół, owoców i warzyw, naparów i soków. W tej grupie znalazły się też liście jakiejś rzadkiej rośliny.

Od siebie doradziłem pani Joannie rozmowę z lekarzem, słuchanie jego porad i wskazówek. Po tym jak to napisałem, zostałem… pominę szczegóły. Jeżeli ktoś ma mniejsze doświadczenie związane z portalem społecznościowym, to aby miał lepszy obraz tego jak wygląda ta jedna wielka „przychodnia zdrowia” zasygnalizuję, że są na nim takie profile jak „Polaku lecz się sam”.

Aby nie wyszło na to, że wszyscy Polacy drepczą tą samą ścieżką zacytuję pochlebną dla mnie opinię: „Ta tematyka mnie zainteresowała…. mogłabym wręcz napisać „siedzę w temacie”…. Podzielam Pana pogląd, że pseudo doradcy bardzo szkodzą w leczeniu tej poważnej i ciężkiej choroby, jest zbyt wiele informacji, człowiekowi ciężko jest wyrobić sobie zdanie. Choć przyznam, że do lekarzy też nie mam dużego zaufania, też widzę ich ograniczenie i czasem pomyłki. Trudna tematyka”.

Na koniec raz jeszcze podkreślę, nowotwór to nie jest swędzenie skóry między palcami stóp. Nie zapominajmy, że czasami „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”.

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Radio i chemioterapia

LĘK PRZED RAKIEM

Komentuj na Facebooku

z9339735q,nowotwor

Higiena jamy ustnej

Kluczem do zdrowia jest codzienna higiena jamy ustnej i zębów.

Jama ustna stanowi początek układu pokarmowego, pełni funkcje pomocnicze przy oddychaniu, a także jest istotna z punktu widzenia funkcjonowania narządów mowy. Głównym jej zadaniem jest odpowiednie przygotowanie pokarmu do dalszej obróbki przez układ trawienny. W jej obrębie może dochodzić do rozwoju wielu chorób. Choroby jamy ustnej, takie jak próchnica zębów, występują dość powszechnie, ale ich niekorzystne następstwa są czasami bagatelizowane. Tymczasem zmiany te mają wpływ na zdrowie całego organizmu.

Niektóre zmiany chorobowe są objawem zaburzeń ogólnoustrojowych oraz zwiastunem lub następstwem poważniejszych chorób. Następstwem poważnej choroby i odbytego leczenia są zmiany po odbytej radioterapii.

W leczeniu nowotworów złośliwych głowy i szyi radioterapia stosowana jest jako metoda samodzielna lub w skojarzeniu z leczeniem chirurgicznym i/lub z chemioterapią. Pomimo nowoczesnych technik napromieniania, istnieje duże ryzyko pojawienia się powikłań w trakcie leczenia lub po jego zakończeniu, a niektóre z nich występują częściej i z większym nasileniem podczas leczenia skojarzonego. Do najczęściej występujących powikłań wczesnych radioterapii należy ostry odczyn popromienny na skórze oraz zapalenie błony śluzowej jamy ustnej i gardła. Do najczęściej występujących powikłań późnych należy suchość popromienna w jamie ustnej.

Suchość, z różnym nasileniem występuje niemal u wszystkich chorych. Po dawce 60-70 Gy wydzielanie śliny zmniejsza się o około 80 procent. Zaburzenia wydzielania śliny u większości chorych są nieodwracalne.

Zmniejszenie wydzielania śliny pozbawia twarde tkanki zębów obrony przed bakteriami próchnicotwórczymi. Ślina, ze względu na swój skład, stanowi bowiem istotną barierę przed mikroorganizmami.

Dawka napromieniowania jaką otrzymałem wyniosła 60 Gy. To spowodowało, że mam suchość popromienną. Dalszą konsekwencją są zmiany próchnicze. Zmiany patologiczne występowały na wielu zębach. Użyłem czasu wstecznego, ponieważ dzięki prawidłowej higienie można ustrzec się przed występowaniem ubytków i kamienia nazębnego, co mnie się udało. O ile w trakcie pierwszych dwóch lat stomatologa musiałem odwiedzać raz na kwartał i leczyłem kilka zębów, obecnie już raz na pół roku i są to 3-4 małe ubytki.

Jak doprowadziłem do zahamowania procesu? Od roku, w marę regularnie, przeprowadzam „płukanie” zębów  olejem. Jest to stara, ajurwedyjska metoda detoksykacji. Prosta, a przynosi świetne rezultaty, o czym sam się przekonałem. Przez pewien okres wykorzystywałem olej lniany, od pół roku korzystam z kokosowego.

Ssanie oleju usuwa bakterie, toksyny i pasożyty, żyjące w ustach i układzie limfatycznym, jednocześnie usuwając kamień nazębny.

Do tego potrzebna jest pewna dyscyplina. Wstaję rano i pierwsza czynność jaką wykonuję to ssanie oleju. Olej przez dużą część roku, w chłodniejszych miesiącach, ma twardą konsystencję. W ustach szybko zamienia się w płyn. Ssę 20-25 minut. Można oczywiście krócej, ja przestrzegam tego czasu. Ssąc, staram się by płyn przemieszczał się po jamie ustnej i przechodził między zębami. Po określonym czasie wypluwam olej i natychmiast myję zęby.

Oprócz tego, że mniej pracy ma w wyniku tego zabiegu moja dentystka, to odnoszę wrażenie, że ssanie pozwala pozbyć się brzydkiego zapachu z ust.

Blogerzy prowadzący strony poświęcone zdrowiu, penetrujący różnego rodzaju czasopisma i strony medyczne, przekonują, że miały miejsce badania, które dowiodły, że enzym zawarty w oleju kokosowym daje możliwość skutecznego neutralizowania szkodliwych bakterii rozwijających się w jamie ustnej. Testy wykazały, że olej zwalcza bakterie z grupy Streptococcus i Strep mutans oraz , grzyba Candida albicans. Bakterie i grzyb są najczęstszymi przyczynami chorób jamy ustnej.

Żeby stosować taką metodę higieny jamy ustnej, nie potrzebuję twardych dowodów naukowych. Od kilku lat piję kawę z miodem i olejem kokosowym (pisałem o tym TU), co dobrze działa na mój organizm, tym bardziej więc w ssaniu oleju, który wypluwam po 20-25 minutach, nie widzę żadnego ryzyka. Wręcz przeciwnie, obserwując swój organizm, stan uzębienia, mogę stwierdzić, że metoda jest skuteczna i osobom po radioterapii głowy i szyi polecam ją. Raz jeszcze podkreślę,  że nie należy połykać oleju po wypłukaniu ust. Znajdują się w nim przecież bakterie, które mogą mieć bardzo niekorzystny wpływ na układ pokarmowy. Całą „mieszankę” należy wypluć, jamę ustną dokładnie wypłukać i umyć zęby pastą.

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Radio i chemioterapia

LĘK PRZED RAKIEM

LĘK PRZED RAKIEM

Nie jestem lekarzem. Wiedzę o chorobie nowotworowej zdobywam czytając to, co na jej temat pojawia się w Internecie, oczywiście odpowiednio selekcjonując opracowania. Ważne z punktu widzenia odbiorcy moich felietonów na pewno jest to, że przeszedłem wszystko co jest związane z rakiem (miałem nowotwór złośliwy migdałka prawego z przerzutami do węzłów chłonnych). Badania, dwie ciężkie operacje, chemio i radioterapia, blisko trzy miesiące pobytu w szpitalu. W sumie, trwało to rok. Od zakończenia leczenia, czyli od 44 miesięcy, nie miałem kaszlu, kataru, podwyższonej temperatury, nie wziąłem ani razu żadnego lekarstwa i jestem sprawny fizycznie. Zawdzięczam to sobie, nie farmaceutykom czy wyszukanym kuracjom. Dlatego uważam, że mam delegację do wypowiadania się.

Doradzając, sugerując, odpowiadając na pytania podkreślam, że to co dla jednej osoby okazało się skuteczną metodą walki, dla innej już być nie musi. Choroba dotyczy różnych organów, jest wiele rodzajów nowotworów. Każdy zmagający się jest w innym stadium choroby, a przystępując do walki, i po jej zakończeniu, ma inny stan ducha i ciała. Nie znam recepty na sukces, a to co mówię jest tylko wskazówką w poszukiwaniu własnej drogi do zdrowienia.

Głównymi przyczynami zgonów są w Polsce choroby układu krążenia i nowotwory, na które umiera aż 70 proc. osób. Z danych GUS wynika, że każdego roku 46 proc. zgonów stanowią te wywołane przez problemy układu krążenia. Jak z tego wynika, nowotwory nie są największym „zabójcą”. W odczuciu społecznym jest inaczej. Przyczyną takiego myślenia są po części media, dla których najlepiej sprzedającym się newsem jest ten o chorobie czy śmierci z powodu nowotworu lub jego formy agresywnej, raka, znanej osoby. Przykładem tego, jak to funkcjonuje są wydarzenia z życia znanego siatkarza ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, byłego reprezentanta Polski, Grzegorza Boćka. Na jego temat rozmawiałem z wieloma znajomymi. Słyszeli o tym, że zachorował. Nieliczni na bieżąco śledzą siatkarskie rozgrywki w Polsce, więc wiedzieli, że już po 9 miesiącach powrócił do gry. Przejrzałem Internet pod kątem newsów na temat siatkarza. Na stronie internetowej jednego z popularniejszych tabloidów odnalazłem osiem informacji o chorobie, a tylko trzy o wygraniu walki z nowotworem i powrocie do gry sympatycznego sportowca. Te proporcje mówią same za siebie.

W taki oto sposób budowane jest odczucie, że rak to największy „zabójca”, co powoduje w ludziach ogromny lęk przed chorobą. Z tego powodu niechętnie rozmawiamy o nowotworze, wymieniamy wiedzą na temat źródeł choroby i sposobów leczenia. To, że na słowo „rak” reagujemy drgawkami wynika też z czegoś innego. Przez wiele lat w Polsce była to choroba „wstydliwa”. Przywołując w pamięci obrazy z młodości, z lat 60. i 70. ub. wieku, śmiem twierdzić, że raka uważano za karę Bożą. Wynikało to ze zbyt słabo rozpoznanych przyczyn i z tego, że ówczesnym władzom nie zależało na uświadamianiu ludzi. Mam odczucie, że wstyd przed ujawnieniem problemu i dzieleniem się refleksjami występuje do dziś. Ma on już inny wymiar i nową przyczynę. Jesteśmy społeczeństwem, w którym zaczyna panować poczucie, że inni cieszą się z cudzych porażek i problemów.

Niechętnie rozmawiamy o tej chorobie ponieważ lęk wyciszamy myślami, że nas  nie dotknie. Wydaje się nam, że zachoruje wiele osób wokół, ale nie my i nasi najbliżsi. Mój przykład pozwala skonstruować pewnego rodzaju przestrogę: Niech Państwu nie wydaje się, że jesteście z żelaza, a choroba Was ominie.

Komentujcie na Facebooku tu

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Radio i chemioterapia

 

Radio i chemioterapia

W felietonie „Początki leczenia” sygnalizowałem, że przed trzecią, zaplanowaną na 19 czerwca 2013 r. operacją, udałem się na konsultację do Centrum Onkologii w Warszawie. 13 czerwca 2013 r. odbyłem wizytę w gabinecie dr n. med. Doroty Kiprian. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem od lekarki po obejrzeniu przez nią dokumentacji, brzmiały: „co oni z panem tak długo robią”. Przypomnę, już w połowie września 2012 mój lekarz rodzinny, widząc miejsce i kształt zgrubienia, trafnie ocenił przyczynę.

Doktor Dorota Kiprian opisała stan bieżący i zaleciła: „Biorąc pod uwagę zaawansowanie w/ch i zmiany w migdałku u chorego wskazane jest jak najszybsze rozpoczęcie napromieniowania z jednoczesną chemioterapią, stawiając rozpoznanie raka migdałka z przerzutami do w/ch po nieradykalnym zabiegu operacyjnym”.

Zrezygnowałem więc z operacji, która według zapowiedzi lekarzy miała być radykalna, łącznie z przecięciem szczęki w celu łatwiejszego dostępu do nasady języka. Na oddział  radioterapii szpitala w mieście wojewódzkim zostałem przyjęty 8 lipca 2013 roku.

W trakcie pierwszego, czterodniowego cyklu chemioterapii, otrzymałem następujące dawki: Fluorouracil – 1 dnia 2002,42 mg, 2 dnia – 1986,91 mg, 3 dnia – 1976,72 mg, 4 dnia – 1982,06 mg. Pierwszego i drugiego dnia podano mi ponadto Cisplatynę w dawkach 101,51 mg i 102,11 mg (miałem wkute dwa wenflony). 10 lipca rozpoczęto także napromieniowanie.

Drugi, identyczny wlew miał miejsce po trzech tygodniach. Napromieniowanie techniką IMRT, podane na pole szyjno-nadobojczykowe plus regionalne węzły chłonne 56Gy/g i lożę po guzie z marginesem do dawki 66 Gy/g odbyło się w 33 cyklach.

Leczenie zakończyłem 28 sierpnia. W jego trakcie, dwukrotnie na moją prośbę byłem wypisany ze szpitala, od 17 do 30 lipca oraz od 9 do 20 sierpnia. W tym czasie dojeżdżałem na naświetlania (korzystałem z busów komunikacji prywatnej). Zajmowało mi to do 4 godzin (mieszkam w odległości 50 km). Było to szalenie wyczerpujące. Gdyż tego lata upały dochodziły nawet do 37 stopni. Nie tylko musiałem napromieniowywane miejsce osłaniać przez słońcem, ale unikać pocenia się, ponieważ napromieniowana skóra ogromnie piekła. Nie było to łatwe. Z powodu osłabienia odporności starałem się też unikać przeciągów w busach.

Jednakże dojeżdżanie było dużo mniejszym obciążeniem niż pobyt w szpitalu. Niemile wspominam 28 dni na oddziale radioterapii. Po pierwsze – ciasnota, w efekcie czego wiele dni leżałem na korytarzu, w łóżku ustawionym obok drzwi wejściowych do toalety. Lokalizacja zdecydowanie nie zapewniała komfortu (zapachy i trzaskanie drzwiami). Ruch na korytarzu oddziału, czyli obok mojego łóżka, chwilami przypominał ulicę Marszałkowską w Warszawie. Korytarz miał jeden plus, było chłodniej niż w ciasnych salach (przebywało do 8 osób), na których część chorych sprzeciwiała się otwieraniu okna. Kolejna udręka w salach to telewizory i głośne słuchanie programów. Urządzenia są w szpitalach uruchamiane przez wrzut monet, włączone grają do chwili wyczerpania limitu czasu.

Chorzy na salach byli w różnych stadiach, często w ciężkich, i leżenie obok uniemożliwiało wyciszenie i wypoczynek. Część osób stale dzieliła się z otoczeniem historią swojej choroby oraz informacjami o złym samopoczuciu. Oczywiście, chory chorego rozumie jak nikt inny. Dlatego między leżącymi raczej nie dochodziło do nieporozumień, rozumieliśmy się, tolerowali i współczuli. Raz jeszcze podkreślę, atmosfera szpitala daleka była od tak bardzo potrzebnego w tej chorobie spokoju i komfortu.

Trudne do zaakceptowania było natomiast zachowanie rodzin. Najbliżsi chorych widzieli jedynie „czubek własnego nosa” i myśleli o swoich bliskim. Zero empatii i zrozumienia dla chorych wokół. Głośne rozmowy, często także przez telefon i informowanie tą drogą innych bliskich o wizycie w szpitalu, a także rozmowy przez komórkę ze znajomymi na tematy bieżące. Czasami głośne dzieci. Jednym słowem zero zrozumienia, że tuż obok leży ktoś cierpiący, potrzebujący ciszy. Musieliśmy, chcąc nie chcąc, uczestniczyć w życiu tych ludzi.

Podobnie nieprzyjaźnie można mówić o niektórych pracownikach służby zdrowia. Salowe raczyły nie zauważać między kim się poruszają. Każdy ma prawo mieć gorszy dzień, być bez humoru, ale obserwacja tej samej osoby przez kilka kolejnych dni pozwala sądzić, że ich złe nawyki to nie przypadek. Opryskliwość, nie używanie przy zamykaniu drzwi klamek, głośne rozmowy z pielęgniarkami nad głowami chorych, to norma. Niekomfortowych sytuacji można przytoczyć więcej. To czego nie zauważa zdrowy człowiek, co go nie drażni, w przypadku chorego ma inny wydźwięk, dużo ostrzejszy. No cóż, przetrzymałem ten okres.

W tym wszystkim nie można zapomnieć o sprzęcie medycznym będącym na wyposażeniu szpitala. Przyjazd na naświetlanie często był obarczony lękiem, czy tego dnia o zaplanowanej godzinie, odbędzie się zabieg, a nawet czy w ogóle. Urządzenia stale psuły się, albo musiały być czasowo wyłączane z użytkowania gdyż w upalne dni zbyt się nagrzewały. Raz nawet zdarzyło się tak, że wysłużony aparat zepsuł się w trakcie mojego naświetlania, Zabieg został przerwany i na innym aparacie dokończono zaplanowaną na dany dzień „dawkę”. Naświetlenia przeprowadzano pięć razy w tygodniu.

Podobne sensacje towarzyszyły podczas chemioterapii. Zasługa w tym wysłużonych aparatów, które dozowały tzw. chemię. W szpitalu specjalistycznym brakowało nawet wieszaków, na których umieszczano worki z chemią i płynami. Żeby obraz był pełniejszy dodam, że w pierwszą noc w szpitalu głowę wtuliłem w złożony w kostkę koc, gdyż nie było dla mnie poduszki. Na szczęście był papier toaletowy, ale z ręczników papierowych, po umyciu rąk, nie dało się korzystać, gdyż były tak cienkie, że świat przez nie dało się zobaczyć.

W takich oto okolicznościach przyszło walczyć z ciężką chorobą. Szczególnie trudne były dni, w trakcie których miałem wlewy. Te trwały przez cztery dni, 96 godzin non stop pod dwoma, potem pod jedną kroplówką. Odłączany byłem jedynie każdego dnia na pół godziny, w tym czasie mogłem umyć się i dotrzeć do części szpitala, gdzie odbywało się naświetlanie.

Historię pobytu w szpitalu można rozciągnąć na różne inne wątki. Czy jednak warto? Jak funkcjonuje rodzima służba zdrowia wiemy wszyscy.

Po opuszczeniu szpitala, pod koniec sierpnia 2013, starałem się jak najszybciej wyrzucić z głowy złe wspomnienia z pobytu w nim. Udało się. O ile dziś przywołuję niektóre obrazy, to nie jest to „podszyte” złością czy żalem. W tym jest właśnie jedno ze źródeł sukcesu. Nie należy pielęgnować złych myśli. Pamiętajmy, myśli są naszym pokarmem.

Podsumowując, w okresie walki z rakiem leżałem w czterech szpitalach, w sumie około dwóch miesięcy. Po tym wszystkim, kiedy oglądałem popularny serialu o szpitalu w Leśnej Górze, to byłem rozbawiony i zaliczyłem film do gatunki komedii, no bo nie science fiction, gdyż w tych drugich pokazuje się technikę na najwyższym poziomie.

Komentujcie na Facebooku tu

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Zdjęcie: Paryż 2014, rok po zakończeniu walki.

100_1442

Powrót do aktywności /1/

Ujawnienie choroby nowotworowej nastąpiło u mnie w sierpniu 2012 roku. Na początku kolejnego roku zdiagnozowano raka migdałka. Przeszedłem bardzo ciężkie leczenie, w tym dwie operacje, chemioterapię i radioterapię (33 naświetlenia). Dwanaście miesięcy od rozpoczęcia walki z nowotworem złośliwym opuściłem szpital. Walka spowodowała ogromne wyniszczenie organizmu. Waga z 95 kilogramów spadła do 72.

Jednak, już trzy tygodnie od opuszczenia szpitala pojechałem, do oddalonego od mojej miejscowości o 120 km Rzeszowa, na jednodniowe warsztaty poświęcone marketingowi hoteli w Internecie (zdjęcia poniżej). We wrześniu, w gazecie lokalnej, z którą współpracowałem ukazało się kilka moich artykuł. W październiku był dalszy wyjazd, do Poznania, od którego dzieli mnie 650 kilometrów. Mogłem więc powiedzieć, że powróciłem do życia, do pełnej aktywności. Przy czym nie skorzystałem nawet z jednego dnia zwolnienia lekarskiego, nie brałem też żadnych lekarstw.

Kolejny felieton na temat zdrowia, do pisania których skłania mnie chęć dzielenia się refleksjami związanymi z chorobą nowotworową, poświęcę „fundamentom” mojego nowego sposobu myślenia. Jest to niezbędne, by udzielić odpowiedzi na pytania, jakie otrzymuję drogą elektroniczną. Chorzy lub członkowie ich rodzin proszą mnie o wskazówki dotyczące leczenia, stosowanych metod, które pozwoliły osiągnąć zadowalający poziom sprawności fizycznej i umysłowej. A przede wszystkim zahamowały rozwój choroby. Sukcesem jest też to, że w trakcie 41 miesięcy od zakończenia leczenia nie tylko nie brałem żadnych lekarstw, ale nawet nie miałem kataru, kaszlu, podwyższonej temperatury, tym bardziej czegoś poważniejszego.

Nim przejdę do sedna wyjawię, że cieszę się, iż ludzie nawiązują kontakt z kimś, kto ma chorobę nowotworową wpisaną w życiorys. Lekarze bywają oszczędni w udzielaniu rad pacjentom. Rozmowa medyka z chorymi ogranicza się do omówienia sposobu przyjmowania leków jakie zapisuje, bądź omówienia metody leczenia, która zostanie w przypadku danego pacjenta zastosowana. To za mało. Otwiera się pole do działania przeróżnym „spryciarzom”. Ich porad nie brakuje w Internecie. Sieć, szczególnie portal społecznościowy Facebook, wręcz żyje informacjami o rewelacyjnych metodach, szybko uzdrawiających roślinach czy suplementach diety czyniących cuda. Często czytam newsy o rzekomo w stu procentach pewnych sposobach walki z nowotworem. Osobom wypowiadającym się, i udostępniającym linki do wpisów na stronach prowadzonych w celach komercyjnych (wpływ z reklam), na temat rozpowszechnianych teorii, zadaję na portalu pytanie: „czy pan(i) przeszła tę chorobę, spraktykowała to co poleca, dlatego doradza z takim wielkim przekonaniem?”. Proszę sobie wyobrazić, że ani razu nie otrzymałem wyjaśnienia. Kiedyś słyszałem takie powiedzenie, że „każdy Polak zna się na medycynie i piłce nożnej”. Dużo w tym prawdy, a upust tej wszechwiedzy odnajdujemy właśnie na portalu społecznościowym.

Zagubieni, zdezorientowani, a przede wszystkim spanikowani chorzy łykają „rewelacje” głoszone przez znachorów, i bezkrytycznych zwolenników tych teorii, niczym ryby chleb rzucany do wody. Ubolewam, że próby komentowania przez lekarzy tego, co jest głoszone w sieci są nieliczne. Czasami zastanawiam się czy instytucje państwowe nie powinny zaangażować się w uświadamianie społeczeństwa i dawać odpór zalewowi pseudoleczniczych porad. Pamiętajmy, że żaden ze znachorów nie ponosi odpowiedzialności za ludzkie życie, skrócone z powodu swoich błędów. Ludzie odchodzą przecież bezimiennie, czasami bardzo szybko i już nie mogą świadczyć o pomyłkach, jakich doświadczyli. Nie wszyscy nabierają się na te  cudowne rady, i dobrze. Warto kontaktować się z kimś, kto przebrnął trudną drogę i swoim życiem pokazuje, że „rak to nie wyrok”. Humorystycznie podejście do setek porad w Internecie, na temat tego jak wyjść z paskudztwa, przywołał komentarz jaki spotkałem właśnie na Facebooku. Otóż jedna z uczestniczek dyskusji napisała: „nie zdziwię się jeżeli niedługo dowiem się, że głaskanie kolana także pomaga w pokonaniu nowotworów”.

Pragnę mocno zasygnalizować, że to co dla jednej osoby jest właściwe, dla innej już nie musi być. Prosta prawda, ale należy ją brać pod uwagę. Choroba dotyczy różnych organów, jest wiele rodzajów nowotworów, każdy cierpiący jest w innym stadium choroby a przystępujący do walki, i po jej zakończeniu, mają inny stan ducha i ciała. Pisząc to chcę powiedzieć, że nie znam recepty na sukces, a to co opiszę jest tylko wskazówką w poszukiwaniu własnej drogi do zdrowienia.

Budowanie swojego nowego życia rozpocząłem od wyrzucania z siebie złości do ludzi, do moich byłych adwersarzy, a także lekarzy, mimo że nie zawsze trafnie postępowali w moim przypadku. Oczyszczenie umysłu dotyczyło też otaczającego świata. Przestałem zajmować się głodem w Afryce, smogiem w Chinach, wojną na Krymie, kotem Kaczyńskiego, restauracją Sowy, itd. W kolejności przestałem traktować chorobę jako jakiś dramat, a pomyślałem o niej jak o sygnale, który uświadomił mi że źle żyłem, niewłaściwie odżywiałem się, miałem zatrute myśli. Choroba stanowiła przebudzenie w celu odmiany. Z czasem, czując się coraz bardziej szczęśliwszym, zacząłem dziękować losowi za chorobę. Dalej, z dużym przekonaniem zacząłem inaczej podchodzić do spraw codziennych, a z tym wiązała się także stopniowa wymiana używanych słów. Słowo „nie” coraz częściej zamieniałem na „tak” lub „spróbuję” albo „potrafię”. Ostatnia, może nawet najważniejsza korzyść, pogłębiłem wiarę w możliwości medycyny.

Nie twierdzę, że wszystko przyszło łatwo i do wszystkiego dochodziłem sam, bez wsparcia osób bliskich. Zdecydowanie miałem szczęście i na mojej drodze stanęło wiele osób, które określę mianem nauczycieli-przewodników.

  (cdn)

Komentujcie na Facebooku tu

Czytaj:

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Radio i chemioterapia

ROZMOWA Z CHORYM

LĘK PRZED RAKIEM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

Początek leczenia

Wyraźnym sygnałem, mówiącym że coś jest nie tak, było zgrubienie na szyi, po prawej stronie. Pojawiło się na początku sierpnia 2012 r. Od chwili zauważenia zmiany, do wizyty u lekarza rodzinnego minęło około 6 tygodni. Początkowo sądziłem, że z jakiegoś powodu mam powiększone węzły chłonne i smarowałem zgrubienie Amolem. Amol to taki nasz domowy lek na wszystko: ból żołądka, głowy, problemy skórne, itp. W każdej innej sytuacji sprawdzał się w stu procentach, ale nie tym razem.

Zgrubienie nie było na tyle widoczne, by ktoś je zauważał i motywował do pójścia do lekarza. Czy to by poskutkowało? Na wizytę ostatecznie zdecydowałem się sam. Przyznaję, odwlekałem ją, gdyż obawiałem się, że to coś poważnego. Jest to zdaje się typowy lęk przed dowiedzeniem się o tej ciężkiej chorobie, jaki dopada wielu ludzi. Jedni pokonują go wcześniej, inni później. Często okazuje się, że zbyt późno i niedługo po diagnozie lekarskiej, odchodzą.

Właśnie ten lęk i świadomość, że występuje on u wielu ludzi, a także chęć pokazania osobom dotkniętym chorobą, że rak to nie wyrok, stały się powodem założenia tego bloga. Liczę, że pisanie o chorobie, moich doświadczeniach, przemyśleniach dotyczących przyczyny powstawania i sposobów walki, zainteresuje kogoś, wzbudzi chęć do walki. Chcę doradzać na blogu ludziom chorym i wyjaśniać wiele spraw z mojego punktu widzenia. Jeżeli komuś w ten sposób pomogę, będę bardzo szczęśliwy. „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” – te słowa z Talmudu mają dla mnie wielkie znaczenie.

Zdjęcia: Irlandia, połowa lipca 2012, ostatni mój wyjazd przed rozpoczęciem leczenia.

Do przychodni udałem się po 15 września 2012 r. Lekarka, widząc zgrubienie wyraziła zaniepokojenie. Sama przeszła tę chorobę, więc wiedziała, że o skuteczności walki decydują szybko podjęte kroki i natychmiastowe rozpoczęcie leczenia. Jej przeczucia szły we właściwym kierunku, dlatego działała zdecydowanie. Wykonała dwa telefony i już 21 września byłem pacjentem na oddziale chorób wewnętrznych szpitala powiatowego. Tam miałem zrobione USG, laryngolog obejrzał gardło, zrobiono tomografię głowy i szyi. Laryngolog nie widziała w gardle niczego niepokojącego, co jest ważne z punktu widzenia późniejszego rozpoznania nowotworu złośliwego migdałka prawego. Lekarz wykonujący USG wnioskował o dalsze badanie CT w celu potwierdzenia lub wykluczenia diagnozy, którą była torbiel boczna. Ale obraz tego, co widziała nie był dla niej jasny i jednoznaczny. USG wykazało, że węzły chłonne szyjne były bez cech patologicznych.

Badanie CT też nie dało jednoznacznej odpowiedzi. Lekarz opisujący zaproponował, żeby torbiel o wymiarach 40x30x26 mm, która nie miała dla niego znamion nacieku, została usunięta a wycinek zbadany pooperacyjnie. Torbiel była usadowiona między ślinianką przyuszną i podżuchwową. W celu dalszego leczenia zostałem skierowany do przychodni laryngologicznej przy dużym szpitalu w mieście wojewódzkim. To, że badanie CT nic nie wykazało było wynikiem tego, że w szpitalu powiatowym zapomniano podać mi kontrast. O tym dowiedziałem się po jakimś czasie od lekarza tegoż szpitala, z którym rozmawiałem po pół roku, kiedy znałem ostateczną diagnozę. Lekarka przyznała, że popełniono błąd. Badanie powinno być z kontrastem, żeby ocenić ukrwienie. Cechą nowotworzenia jest wytwarzanie dodatkowych naczyń krwionośnych.

W mieście wojewódzkim od początku zaczęły się schody, które mogły przenieść mnie w inny wymiar. Otóż w rejestracji przychodni dowiedziałem się, że wizyta u laryngologa, którego mi polecono, będzie możliwa dopiero w marcu 2013 roku. A był przecież początek października. Pani w rejestracji poradziła mi, żebym spróbował porozmawiać z lekarzem i poprosił o przyjęcie. Przed rozpoczęciem przyjęć przez renomowanego laryngologa, z podobną prośbą stawiło się w jego gabinecie kilka osób. W tej całej dramatycznie wyglądającej sytuacji miałem farta, byłem jedną z dwóch osób, które zgodził się przyjąć nadprogramowo. Jego wstępne badanie szło również w kierunku torbieli. Otrzymałem skierowanie na biopsję, wynik odebrałem w połowie października.

Wynik potwierdzał diagnozę, że zgrubienie na szyi to torbiel boczna. Pamiętam, że po nakłuciu, przez kilka dni, odczuwałem dużą bolesność. Po biopsji zgrubienie zaczęło się mocno powiększać. Było coraz bardziej widoczne, musiałem okręcać szyję szalikiem, gdyż nie był to przyjemny widok.

Wynik biopsji pokazałem koledze, który jest chirurgiem–onkologiem, doktorem nauk medycznych. Inaczej ocenił badanie, bo jego zdaniem pewne wykryte komórki świadczyły o tym, że to jest nowotwór. No cóż, lekarz prowadzący, na którego byłem zdany, podobnie jak lekarka z tytułem profesorskim opisująca wynik biopsji, miał inny pogląd.

Termin przyjęcia do szpitala w celu usunięcia torbieli wyznaczono na początek grudnia. Na dwa dni przed zostałem telefonicznie poinformowany, że przyjęcia są wstrzymane. Wyznaczono mi kolejny termin, 22 stycznia 2013 roku. Będąc przekonanym, że mam tylko torbiel, nawet cieszyłem się z takiego obrotu sprawy, bowiem święta spędziłem w domu.

Zdjęcie: z żoną i córką, grudzień 2013

008

Po przyjęciu, w styczniu, rozpoczął się mało zrozumiały dla mnie okres wyczekiwania na operację. Nie pielęgnuję w pamięci złych momentów z czasu choroby, dlatego nie chcę wspominać i oceniać sześciu dni oczekiwania na zabieg. Operację wykonano 28 stycznia 2013 r. Trwała ponad cztery godziny. Oto opis zabiegu przez lekarza wykonującego: „Cięcie na szyi po stronie P 2 cm poniżej żuchwy. Dotarto do guza zrośniętego z żyłą szyjną wewnętrzną, m. m-o-s oraz n. XI, a także z ogonem ślinianki przyusznej. Guz usunięto w całości wraz z n. XI, V. jugolaris oraz m m-o-s oraz ogonem przyusznicy. Wraz z guzem usunięto grupę II i III węzłów chłonnych szyi. Guz nie naciekał ściany TT. szyjnych.”.

Po odbiór wyniku badania hist.–pat. udałem się 25 lutego. Wynik to szok. Miała być tylko formalność, bowiem lekarze rozpoznali torbiel boczną, a był rak. W opisie stwierdzono: „W badanym materiale utkanie raka płaskonabłonkowego, głównie niskozróżnicowanego (z partiami rakowymi) otoczone tkanką limfatyczną, co może przemawiać za ogniskiem przerzutowym. Obecny intensywny stan zapalny w tkance otaczającej. Immunohistochemicznie: CK5/6 (+), CK7 (+-). EMA (+), P63 (+), LCA (+).”

W dniu odbioru wyniku zmarła moja mama. Była nieprzytomna od kilku dni, więc faktów nie należy łączyć, ale oba zdarzenia były dla mnie wielkim przeżyciem. To nie był koniec silnych wrażeń. W trakcie załatwiania formalności związanych z pogrzebem dostałem krwotoku z jamy ustnej. Pogotowie zabrało mnie do szpitala powiatowego i znalazłem się na oddziale pulmonologii, gdzie w trakcie kilkudniowego pobytu nie wykryto przyczyny krwioplucia. Jedynie w wyniku przeprowadzenia biopsji aspiracyjnej cienkoigłowej stwierdzono pojawienie się komórek nowotworowych w oskrzelach. Napięcie narastało z powodu podejrzenia nowotworu w płucach.

W związku z badaniem hist.-pat. i podejrzeniem przerzutów z jakiegoś organu wewnętrznego przeprowadzono badanie PET/CT całego ciała. Badanie po podaniu mi 18FFDG, radiofarmaceutyku trwało 60 minut. Wynik odebrałem 21 marca 2013 roku. Kluczowy wniosek brzmiał: „aktywna metabolicznie zmiana prawego migdałka podniebiennego do dalszej diagnostyki i różnicowania z procesem rozrostowym”.

Z wynikiem udałem się do lekarza na oddział, na którym wycinano mi rzekomą torbiel. Wywołał zdziwienie, chodzi o umiejscowienia źródła pierwotnego. Lekarz z tytułem naukowym powiedział: „Co? W migdałku, to raczej niemożliwe. Ale jak wykazał PET to go panu zoperujemy. Niech pan się modli, żeby to się potwierdziło”.

17 kwietnia 2013 migdałek został usunięty. Zabieg trwał blisko 4 godziny, co wiązało się z dużym krwawieniem, jakie pojawiło się po wycięciu (tak zrelacjonował lekarz). W badaniu hist.-pat. stwierdzono raka płaskonabłokonkowego G2. Po uzyskaniu wyniku jeszcze raz wykonano tomografię. Na jej opis czekałem stosunkowo długo, bo cztery tygodnie, gdyż – jak mi wyjaśniono – lekarz miał dużo innych obowiązków. Badanie wykazało, że: „w okolicy loży pooperacyjnej (przestrzeń błony śluzowej gardła) widoczne jest ognisko patologicznego wznowienia kontrastowego przechodzące na nasadę języka, zmiana przemawia za wznową miejscową”. W związku z tym, że pierwszy zabieg usunięcia ogniska przerzutów nie był zbyt radykalny, pod koniec maja zakwalifikowano mnie do kolejnej operacji. Termin przyjęcia do szpitala wyznaczono na 19 czerwca 2013. W tym samym czasie otrzymałem skierowanie na radioterapię. Przyjęcie na odział radioterapii onkologicznej miało nastąpić na początku lipca.

Jak zapowiadał lekarz kierujący, trzecia operacja miała mieć radykalny przebieg, łącznie z przecięciem dolnej żuchwy, by dostać się głębiej i móc wykonać radykalne cięcie. To oraz krótki odstęp czasu do rozpoczęcia radioterapii, nieco mnie zaniepokoiło. Dzięki przychylności pewnej osoby udało mi się dostać na konsultację w Centrum Onkologii w Warszawie. 13 czerwca odbyłem wizytę w gabinecie dr n. med. Doroty Kiprian. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem od lekarki, po obejrzeniu przez nią dokumentacji, brzmiały: „co oni z panem tak długo robią”. Przypomnę, już w połowie września lekarz rodzinny widząc miejsce i kształt zgrubienia postawiła trafnie diagnozę. Po raz pierwszy w przychodni w mieście wojewódzkim znalazłem się pod koniec września 2012 roku.

Doktor Dorota Kiprian opisała stan bieżący i zaleciła: „Biorąc pod uwagę zaawansowanie w/ch i zmiany w migdałku u chorego wskazane jest jak najszybsze rozpoczęcie napromieniowania z jednoczesną chemioterapią, stawiając rozpoznanie raka migdałka z przerzutami do w/ch po nieradykalnym zabiegu operacyjnym”.

Po konsultacji udałem się tam, gdzie miałem być po raz trzeci operowany. Przemilczę, jak przebiegała ta wizyta.

To, co teraz napiszę może zdziwić wiele osób. Pomimo tylu perypetii, lekarskich potknięć i tego co widziałem w trakcie trzech pobytów w szpitalu nie straciłem zaufania do lekarzy i medycyny akademickiej. O tym, że w moim przypadku postępowano niewłaściwie świadczą słowa lekarki z Warszawy: „co oni z panem tak długo robią”. Pomimo to nadal uważam, że wiedza lekarzy jest większa od wiedzy samozwańczych uzdrowicieli, bogacących się na doradzaniu w Internecie i nie polecam korzystania z niej. Za szkodliwe uważam budowanie przez pacjenta muru między nim a lekarzem i brak wiary w stosowane przez leczącego metody. Doradzam też weryfikowanie opinii oraz diagnoz lekarskich i podejmowanie decyzji wówczas, kiedy zna się różne punkty widzenia. Czy uda się wybrać właściwą drogę? Nie przekreślam też wspomagania procesu leczenia niektórymi metodami określanymi jako niekonwencjonalne i przekonuję o ogromnej roli podświadomości podczas zdrowienia. O tym po co sięgnąłem i z czego korzystam będę pisał w kolejnych felietonach.

Komentujcie na Facebooku tu

Zachęcam do przeczytania

Ujawnienie choroby nowotworowej

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

LĘK PRZED RAKIEM

 

Ujawnienie choroby nowotworowej

Choć nie jest to łatwe, postanowiłem dzielić się swoimi wspomnienia i refleksjami na temat ciężkiej choroby, którą zaleczyłem. Miałem nowotwór złośliwy migdałka prawego i podstawy języka. Użyłem słowa „zaleczyłem”, gdyż parokrotnie spotkałem się z wypowiedziami lekarzy, że tak powinno określać się okres po zakończeniu leczenia, gdy choroba już dalej się  nie rozwija. Jest bowiem dużo czynników, głównie chodzi o stres, które mogą szybko spowodować nawrót, dlatego raczej nie powinno się mówić o wyleczeniu i pełnym zdrowiu, ale zaleczeniu.

Po paru ogólnych felietonach o zdrowiu (patrz zakładka ZDROWIE), pora sięgnąć do początku mojej historii. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, które często zadawali mi znajomi „jak ujawniła się choroba i co mogło ją spowodować?”.

O tym, że coś jest nie tak wiedziałem w połowie roku 2012. Wówczas na szyi, po prawej stronie, pojawiło się zgrubienie (gulka). Wcześniejsze sygnały, że dzieje się źle, zlekceważyłem, a właściwie to nie potrafiłem ich zinterpretować. Najwyraźniejszym były zlewne poty. O tym, że są symptomem poważnej choroby dowiedziałem się później. Innym było gwałtowne schudnięcie, rok przed pojawieniem się zgrubienia na szyi. Trwało przez kilka tygodni, po jakimś czasie znów nabrałem masy.

Zgrubienie na szyi nie było bolesne. Innego bólu – o co często mnie pytano – nie odczuwałem. Nowotwór to choroba, która przychodzi po cichu, „w kapciach”, warto o tym pamiętać i nie obserwować swojego organizmu pod tym kątem, uważając że jak nie czuć bólu, to na pewno wszystko w porządku.

Do połowy 2012, czyli ujawnienia się choroby, psychicznie i fizycznie czułem się doskonale. Niemal codziennie grałem w ukochaną siatkówkę z kolegami syna, dwudziestoparoletnimi mężczyznami, przy czym mając wówczas 52 lata w żaden sposób nie ustępowałem im pod względem fizycznym czy wytrzymałościowym. Od czasu do czasu biegałem, regularnie jeździłem na rowerze oraz uprawiałem 4-arową działkę ogrodniczą. Miałem dobry apetyt, nie pojawiały się zaburzenia snu czy jakiekolwiek bóle. Przez trzydzieści lat poprzedzających chorobę nie miałem gorączki (może poza dwoma, trzema jednodniowymi skokami). Na nic nie chorowałem, a w związku z tym nie brałem żadnych leków, które jak wiemy czasami eliminując konkretną dolegliwość mają działanie uboczne, destabilizujące pracę innych ważnych organów.

Nie korzystałem z suplementów, odżywek czy zestawów witamin. To co niezbędne mój organizm dostawał w zróżnicowanym, codziennym pożywieniu. Moją domeną nie było obżarstwo czy zbyt tłuste jedzenie, posiłki spożywałem bardzo regularnie.

Nie piłem napojów energetycznych ani czegokolwiek podobnego niszczącego organizm. Nie piłem coca-coli, kolorowych, gazowanych wód opartych na chemii i słodzikach. Nie konsumowałem śmieciowego jedzenia serwowanego w fast foodach. Alkohol piłem z umiarem. Papierosa miałem w ustach w podstawówce, kiedy był to tzw. owoc zakazany i w jego kierunku popychała ciekawość.

Przez całe życie uprawiałem sport, konkretnie siatkówkę. Dlatego nie towarzyszyły mi stany zmęczenia, które potrafią psuć samopoczucie. Jak wiadomo, brak samoakceptacji też bywa przyczyną chorób. Nie w moim jednak przypadku.

Odżywiałem się rozsądnie, przy czym uprawiałem działkę po to, żeby nie tylko mieć warzywa świeże, ale też ekologiczne. To co uprawiałem nie było pryskane, nie było też zasilane sztucznymi nawozami. Jedynym wzmocnieniem roślin, bo bez takiego nic raczej nie urośnie, były naturalne poplony, kompostownik oraz nawóz kurzy, odpowiednio przygotowany przed podlewaniem roślin.

W mojej diecie stałe miejsce miały czosnek i cebula, czyli te warzywa, którym przypisuje się wzmacnianie odporności organizmu. Ważne były kiszonki z: kapusty, ogórków i z cukinii. Często robiłem zakwas, na bazie którego gotowałem żurek.

Moja pasją był (i jest do dziś) ruch. Obok siatkówki i roweru, codziennie spacerowałem, średnio 3-4 kilometry. Mówiąc o śnie wspomnę, że rytm biologiczny miałem dość nietypowy, przy czym jednak bardzo książkowy. Z zasady o godzinie 22 spałem jak niemowlę, a budziłem się rześki, gotowy do pracy ok. 5 nad ranem.

W krytycznym 2012 roku wielokrotnie gdzieś wyjeżdżałem (m.in. tydzień we Francji, tydzień w Irlandii). Ani podróże, ani długie, nawet wielogodzinne spacery, także w upalne dni, nie męczyły mnie. Pozwalało mi to sądzić, że wszystko w organizmie funkcjonuje należycie, więc lekceważyłem zlewne poty, jakie pojawiały się od wielu miesięcy.

W tym wszystkim trudno doszukać się czynników, jakie mogły spowodować chorobę. Nadmienię też, że pochodzę z – jak to się potocznie mówi – żywotnej rodziny. Jedna babcia zmarła mając 93 lata, druga 101. Nikt w rodzinie nie miał raka, czyli trudno mówić o obciążeniu genetycznym.

O ile mogę sobie coś zarzucić, to zbytnie solenie potraw. Co do innej tzw. białej śmierci, czyli cukru, to na mnie i mojej rodzinie przemysł cukrowniczy nie zarobił zbyt wiele. Inny popełniany błąd to picie i jedzenie bardzo gorących napojów i potraw. Czytałem w jednym z tygodników, że „Kawa (lub herbata) jest faktycznie groźna dla zdrowia w jednym przypadku – gdy jest bardzo gorąca. To zagrożenie dotyczy zresztą spożywania wszystkich napojów w wysokiej temperaturze. W niektórych badaniach uznano je nawet za „prawdopodobnie rakotwórcze”. Zaczyna się od banalnego zapalenia gardła, spowodowanego poparzeniem przez gorący płyn”.

O ile rzeczywiście przeprowadzono takie badania i taki wysnuto wniosek, to w tym odnajduję chorobotwórczy czynnik. Nie wydaje mi się jednak, żeby tyle złego zdziałał.

Oczywiście, aby obraz był pełny muszę więcej miejsca poświęcić pewnej „dolegliwości”. Kilkanaście miesięcy przed ujawnieniem się nowotworu, w lewej pachwinie pojawiło się dziwne znamię. Rosło i po jakimś czasie niemal znikało. Czasami było bolesne i wrażliwe. Po wielu miesiącach obserwowania udałem się do dermatologa. Zakończyło się zamrożeniem. Po zabiegu goiło się bardzo powoli. Cały okres, od pojawianie się aż do całkowitego zniknięcia, w sumie kilkanaście miesięcy, towarzyszył mi lęk, że to może być rak skóry. Ta myśl często powracała. Nie ukrywam, że długo bałem się iść do lekarza i pokazać znamię.

Nie czuję się na siłach ocenić czy to mogło mieć jakiś związek z chorobą, ujawnioną w innym miejscu i odmiennym charakterze? Nie bagatelizuję jednak tej sytuacji. Dwaj znani badacze wpływu podświadomości na nasze życie, w tym też zdrowie (Jeseph Murphy w „Potędze podświadomości” i Walerij Sinielnikow w „Tajemnicach podświadomości”), dowodzą, że świadome myślenie wywołuje analogiczną reakcję podświadomości, która kontroluje wszystkie procesy zachodzące w naszym organizmie. Podświadomość nie poddaje logicznej ocenie tego, co przekazuje jej świadome myślenie. Negatywne, destrukcyjne myśli kiedy osiądą w podświadomości, wcześniej czy później wydają odpowiednie owoce, które urzeczywistniają się w postaci nieprzyjemnych przeżyć i zdarzeń.

Żeby rozumieć obu autorów i ich przekaz, trzeba do tego dojrzeć. Tym dojrzewaniem jest przejście jakiejś ciężkiej sytuacji życiowej, która wzbogaca nas o głębsze refleksje, umiejętność analizy i zauważania rzeczy dotychczas bagatelizowanych.

Dziś wiem, że dbałość o zdrowie, o czym wspominam wyżej, pojmowałem niewłaściwie. Ślepo wierzyłem w to, że jestem ze stali, niezniszczalny. Od roku 1994 byłem osobą bardzo aktywną społecznie. We wspomnianym roku po raz pierwszy zostałem radnym miasta. W roku 1995 założyłem prywatną gazetę „Nowiny Kraśnickie”, której byłem wydawcą, redaktorem naczelnymi i autorem artykułów. Była to pierwsza lokalna, samofinansująca się gazeta na Lubelszczyźnie. Funkcje te, z małymi przerwami, pełniłem siedem lat. Potem pisałem do innych gazet, a w roku 2002 po raz kolejny zostałem wybrany na radnego. Od roku 2006, przez trzy lata, pełniłem funkcję asystenta posła. Dwie kadencje byłem członkiem rady nadzorczej dużej spółdzielni mieszkaniowej. Sprawowałem też inne, mniej eksponowane funkcje. Mocno aktywny byłem do roku 2011. Przez siedemnaście lat żyłem w napięciu i dużym stresie, który wynikał głównie z tego, że nie wszedłem w żadne układy personalne i polityczne. Działalności publicznej nie łączyłem z kasą, stąd nie chroniła mnie żadna grupa interesów. Przez większość tego okresu byłem jedyną opozycją w moim mieście. W trakcie wydawania gazety bardzo krytycznie oceniałem burmistrza miasta. Był to człowiek, któremu należało patrzeć na ręce, o świadczy to, że kilka razy miał duże problemy z prawem, a od wiosny 2016 odsiaduje trzyletni wyrok za przyjmowanie łapówek. W trakcie walki z nim miałem kilka procesów sądowych wytaczanych przez ludzi z jego otoczenia, w których broniłem się sam, nie przegrywając przy tym żadnego. Kierowanie pozwów miało na celu złamanie mnie. Te siedemnaście lat długo można opisywać.

Niczym Don Kichot chciałem naprawiać świat i ludzi. Za tym kryło się życie w niemałym stresie. Będąc w wirze pracy i walki sądziłem, że skoro udaje mi się neutralizować go, poprzez uprawianie sportu, podróżowanie czy w inny sposób, a przy tym prowadzę zdrowy i higieniczny tryb życia, to nic mi nie grozi. Wydawało się, że skoro czuję się doskonale, to w organizmie dzieje się dobrze. Popełniłem błąd. Dziś bliskie są mi słowa Buddy: „Jeśli chcesz zobaczyć swoją teraźniejszość, spójrz najpierw na swoją przeszłość, która stanowi jej przyczynę.”

Zdaniem wielu badaczy przyczyn powstawania tej i innych poważnych chorób jest długotrwały stresu. Prowadzi on do obniżenia odporności i zmian, które zwiększają ryzyko wystąpienia m.in. nowotworu oraz jego rozwój. Przewlekły stres powoduje duże zmiany w wydzielaniu hormonów, zwłaszcza kortyzolu, zwanego „hormonem stresu”. Ten z kolei przyspiesza skurcz naczyń krwionośnych, prowadzi do niedotlenienia i w efekcie dochodzi do rozwoju komórek nowotworowych.

W medycynie chińskiej, w ajurwedzie, w systemie medycyny indyjskiej znajdujemy wzmianki o tym, że psyche i soma to jedność. Później, w starożytności, Platon napisał piękne dzieło „Charmides”, w którym pisze: „Leczenie wielu chorób jest nieznane lekarzom Hellady, gdyż leczą oni narząd a nie widzą człowieka”.

I tak to, niczym podczas spowiedzi na łożu śmierci, przeleciałem całe swoje życie. Żeby zachować formę, dodam „więcej… nie pamiętam”.

Czy któryś z wymienionych czynników spowodował chorobę? Jeden, konkretny, a może suma paru? Żaden? Osobiście bliski jestem uznania stres za kluczowy czynnik w moim przypadku.

Piszę to wszystko wierząc, że ktoś czytając odnajdzie w mojej historii fragment swojego życia i coś w nim zmieni. Może moja historia będzie przestrogą? Życzę każdej czytającej ten tekst osobie dużo zdrowia i uniknięcia tej ciężkiej choroby, a przede wszystkim niełatwego jej leczenia.

Zakończę radą. Niech nie wydaje się Wam, że jesteście z żelaza, że choroba dotknie innych, a Was ominie. I nie czekajcie na ból, by utwierdzić się w tym, że coś jest źle.

Komentujcie na Facebooku tu

Zachęcam do przeczytania

Początek leczenia

Radio i chemioterapia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK

LĘK PRZED RAKIEM

PS

W roku 2012 w okresie obejmującym majowy weekend byłem z rodziną, przez osiem dni w Paryżu, schodząc to piękne miasto wzdłuż i w szerz. W czerwcu, w czasie Mistrzostw Europy w piłkę nożną byłem w trzech miastach, gospodarzach imprezy: Gdańsku, Warszawie i Poznaniu, po to, żeby zobaczyć jaka panuje w nich atmosfera w czasie tego wielkiego święta piłkarskiego. W lipcu 2012 przez tydzień byłem w Irlandii. Oto zdjęcia z Paryża i Irlandii.

ROZMOWA Z CHORYM

Na portalu społecznościowym Facebook, na profilu poświęconym pozytywnemu myśleniu, odbyłem ciekawą wymianę zdań z Julią. Z jej profilu wynika, że jest psychologiem. Krótka rozmowa dotyczyła pozytywnego nastawienia w czasie walki z rakiem. Julia napisała: „Zdarzają się ludzie, którzy rezygnują z leczenia, bo myślą, że uzdrowi ich samo pozytywne myślenie. Dwa – okrutniejsze dla chorego człowieka – to naciski otoczenia (rodziny, przyjaciół, a nawet obsługi medycznej), by chory myślał pozytywnie. Osoba, która mierzy się ze śmiercią MA OBOWIĄZEK pozytywnie myśleć, chociaż nie jest to żadnym gwarantem, że wszystko będzie dobrze. Człowiek w takiej sytuacji może być przez swoje środowisko zbywany, niewysłuchiwany i osamotniony w walce z chorobą poprzez te banalne słowa, które odsuwają poczucie odpowiedzialności od jego najbliższych. Czasami… czasami chorzy ludzie naprawdę woleliby szczere łzy i bezradność, niż fałszywą nadzieję i uśmiech”.

Te słowa wywołały we mnie refleksję i przywróciły obraz pierwszych kilkunastu miesięcy po wyjściu ze szpitala i zakończeniu ciężkich „zmagań” z nowotworem złośliwym migdałka (przeszedłem dwie skomplikowane operacje oraz radioterapię połączoną z chemioterapią). Moja odpowiedź brzmiała: „Masz Julia rację. Zawsze mnie irytowało, kiedy jakiś znajomy mówił do mnie: „Mirek pamiętaj ważna jest głowa”. We mnie rodziła się wówczas myśl, „Jacy wy wszyscy jesteście do tej choroby dobrze przygotowani. Ciekawe, jak każdy z was zachowałby się otrzymując do ręki wynik badania tego, co wycięto, a tam napisano nowotwór złośliwy”. Zawsze natomiast radość sprawiały mi słowa: „Jestem z tobą myślami”…. i to mi wystarczało. Kiedyś, ktoś powinien napisać pracę na temat języka, formy wypowiedzi i rozmów, jakie powinno prowadzić się z chorymi. Oczywiście idealnego wzorca raczej nie ma. Bardziej chodzi o jakieś ogólne wskazówki”.

Reakcja Juli mile mnie zaskoczyła. Wyjawiła, że poszukuje tematu pracy doktorskiej i sugestia, iż warto zwrócić uwagę na sposób komunikowania się otoczenia z chorym na nowotwór, okazała się dla niej interesująca. Życie pisze ciekawy scenariusz, dlatego wierzę, że kiedyś uda mi się przeczytać pracę doktor Julii.

100_6983

Rozbuduję nieco wspomnienia z pierwszych miesięcy po opuszczeniu szpitala. Mieszkam w niewielkim mieście. Z racji wykonywanego zawodu oraz przez wiele lat dużej aktywności społecznej, jestem osobą znaną a ponadto, jak sądzę, zdobyłem przychylność niemałego grona osób. Po zakończeniu leczenia miałem okazję rozmawiać z wieloma znajomymi, spotykanymi na ulicy, w sklepie i innych miejscach. Najczęściej przypominali mi, że psychika jest szczególnie ważna w dojściu do zdrowia. Rada na pewno była podyktowana troską o moje zdrowie, a nawet życie.

Jak zasygnalizowałem wyżej, te słowa nie przynosiły jednak ulgi. Julia słusznie zauważyła, że „czasami chorzy ludzie naprawdę woleliby szczere łzy i bezradność, niż fałszywą nadzieję i uśmiech”. Mnie cieszyły krótkie sygnały świadczące o sympatii, ale nie pouczanie. Wystarczało jedno, dwa słowa, w rodzaju „Jestem myślami z tobą”, „Dasz radę”, „Trzymaj się” lub „Nie daj się temu s…”. I tyle.

W sumie, skąd ludzie mają wiedzieć jak zachować się podczas kontaktów z osobą, która choruje bądź zakończyła walkę z rakiem, skoro strach przed chorobą dosłownie paraliżuje. Na tyle mocno, że boją się o niej myśleć i niechętnie rozmawiają. Większość odpycha od siebie temat. Nie próbuje poznać wszystkiego co się z nią wiąże, sądząc że dotknie kogoś, ale nie ich czy najbliższych. To spuścizna po długich latach bezradności. Dziś medycyna już sobie radzi z nowotworami. Trzeba jednak dużo czasu, żeby zmienić świadomość w tym względzie.

Internet jest „zapchany” poradami, co należy pić i jeść, czego unikać, żeby ustrzec się przed nowotworem. Zapewnia to jakiś spokój czytającym te proste rozwiązania: „no bo skoro korzystam z porad zamieszczanych w sieci, na pewno mnie choroba ominie”. To duży błąd. Mimo prezentowania tylu wspaniałych porad o dziwo zachorowalność na nowotwory stale rośnie. Należy więc być przygotowanym na to, że o ile samemu nie przyjdzie walczyć to może zachorować ktoś bliski lub znajomy. A wówczas dobrze wiedzieć jak z nimi rozmawiać, jak pocieszać, jak się zachowywać, żeby pomóc.

Proszę więc nie pouczać chorego, przypominając mu, że ważna jest głowa i silna psychika. Słuchanie zewsząd tego samego wręcz irytuje. Ważniejsze jest znalezienie chwili na wypicie kawy czy herbaty. W trakcie rozmowy szukajcie miłych dla chorego tematów. Może ona dotyczyć jego pasji lub miłych, wspólnych wspomnień. Chory musi uwolnić się od ciężaru myślenia o tym, co go spotkało. Musi poczuć ciepło w sercu, a temu służy m.in. przywołanie miłych zdarzeń z przeszłości.

Nie opowiadajcie choremu o swoich bieżących sukcesach. Przechwałki pozostawcie dla zdrowych, w tym gronie rywalizujcie, kto więcej, dalej i dłużej. Chory dowiadując się, jak można żyć, bez tego co go spotkało, czuje się jeszcze bardziej zdołowany.

Naznaczony nowotworem stale „walczy” z myślami, szuka odpowiedzi na szereg trudnych pytań. Wiele rzeczy analizuje. Jest rozchwiany emocjonalnie i kiedy ktoś go poucza, że musi być silny, co nie jest łatwe i z czym sobie nie radzi, zostaje obarczony dodatkowym stresem. Chojraków, którzy z dnia na dzień potrafili wszystko poukładać w swojej głowie jest naprawdę niewielu.

Ta choroba przewraca życie do góry nogami. Wiele spraw widzi się inaczej, wielu rzeczy już nie zauważa. Dlatego bardziej starajcie się słuchać, a nie narzucać temat rozmowy. Bo to, że kiedyś ktoś lubił rozmawiać na przykład o polityce, nie musi już być aktualne.

Z nowotworami jest jak z efektem cieplarnianym. Wielu widzi, że są zmiany klimatyczne: wielkie powodzie, ogromne upały, potężne ulewy, niosące spustoszenie wichury, ale nieliczni coś robią, żeby zahamować unicestwianie naszej ziemi. Tak samo z rakiem. Rośnie liczba zachorowań, ale temat jest nadal za bardzo abstrakcyjny.

Komentujcie na Facebooku tu

Zachęcam do przeczytania

Ujawnienie choroby nowotworowej

Początek leczenia

Radio i chemioterapia

Powrót do aktywności /1/

ROZMOWA Z CHORYM

LECZENIE NOWOTWORÓW – FAKTY I MITY

RAK TO NIE WYROK